| |
Jak KoLeC z Konewką
Pożegnanie z Miastem Grzechu
"Sin City - Do piekła i z powrotem"
KRZYSZTOF
LIPKA-CHUDZIK (KoLeC): Po długiej przerwie Egmont uraczył nas wreszcie ostatnią
częścią cyklu Franka Millera "Sin City". W albumie "Do piekła
i z powrotem" na pozór znajdziemy te same składniki, co w innych częściach "Miasta
Grzechu" - są tu i twardzi mężczyźni, i piękne kobiety, i bardzo źli
gangsterzy, i korupcja, i bezprawie, i seks, i przemoc... A jednak to już
nie to samo.
KAROL KONWERSKI: A co ci się konkretnie nie podoba?
KLC: Historia Wallace'a i jego krucjaty nie robi już takiego wrażenia, co
chociażby "Ten żółty drań". Miller zrezygnował z wielu nałożonych
na siebie ograniczeń, które przyczyniły się do popularności serii. Wprowadził
kolor, dodał wulgaryzmy, przestał stylizować opowieść na czarny kryminał. "Hell
And Back" bliższe jest raczej "Punisherowi", niż Raymondowi
Chandlerowi. To album zupełnie inny, niż cała reszta cyklu. Miedzy innymi
z tego powodu doczekał się wielu miażdżących ocen. Są jednak i tacy, którym
stylistyczna odrębność "Piekła" nie przeszkadza. Ty, zdaje się,
jesteś jednym z nich.
KONW: Wiesz co? Najchętniej odpowiedziałbym
ci: "Chrzanisz, KoLeC",
ale pomijając chciejstwo i przyjmując poważne pozy, odpowiem tak: a gdzie
to Miller ogłosił listę ograniczeń, nakazów i zakazów dotyczących jego autorskiej
serii? Nie przypominam sobie żadnego manifestu, artystycznego credo czy czegoś
w tym stylu. To, co najlepsze w "Mieście Grzechu", to właśnie brak
ram. Jakichkolwiek. Według mnie "Piekło..." to naturalny efekt rozwoju
tej serii, bohaterów i konwencji, z których Miller korzystał w poprzednich
częściach. W którym według Ciebie momencie przestał stylizować opowieść
na czarny kryminał?
KLC: Zacznę może od tego, ze w "Sin City" konwencja czarnego kryminału
jest to otoczka, cieniutka jak lukier na torcie, a pod nią czai się najnormalniejsza
superbohaterszczyzna. Mariaż "Asfaltowej dżungli" z Gotham City
okazał się bardzo udany, aczkolwiek w jakimś momencie cos zaczęło się psuć.
Dla mnie sygnałem, ze "Sin City" odchodzi od czarnego kryminału,
były już "Rodzinne wartości". "Piekło..." tę tendencję
potwierdza.
KONW: Od kiedy to przełamywanie konwencji w sztuce jest czymś złym?
KLC: Oczywiście, że nie jest. To rzecz jak najbardziej pożądana, ale z drugiej
strony należy pamiętać, ze to właśnie owe obrzydliwe schematy trzymają zazwyczaj
opowieść w kupie. Jeśli autor dojdzie do wniosku, że jest absolutnym władcą
stworzonego przez siebie świata i może z nim zrobić co tylko mu się podoba,
to zazwyczaj historia, która chce przekazać, ześlizguje się na mielizny absurdu.
KONW: Chyba nie rozumiesz jednej rzeczy:
w "Sin City" cały dowcip
polega właśnie na tym, że Miller jest absolutnym władcą tego komiksu! To jego
autorska produkcja, nikt mu nic nie narzuca. Miller bawi się "Miastem
Grzechu" w sposób absolutnie niezależny od tego, co jest aktualnie cool,
trendy i na topie. To wielka zaleta tego serialu.
KLC: Może i tak, ale popatrz na przykład, co stało się z najnowszym "Asterixem".
Uderzo wprowadził do komiksu kosmitów i superbohaterów! Teoretycznie miał
do tego prawo, bo to w końcu jego dzieło i do diabla z konwencjami - ale czy "Asterix" na
tym zyskał? Moim zdaniem nie. Na podobnej zasadzie według mnie "Sin City" straciło
na tym, że Miller zanadto pofolgował swojej fantazji. I nie ma to zbyt wiele
wspólnego z rozwojem serii.
KONW: Racja. Nie ma to nic wspólnego
z rozwojem serii, tu się z tobą zgodzę. Zwróć jednak uwagę na jedną drobną
rzecz: na każdym zeszycie (tak, jestem
cholernym komiksowym snobem i kupuję zeszyty) stoi jak byk: " A Sin City
love story"...
KLC: Chwila, moment. Mam przez to rozumieć, ze rozmawiamy wyłącznie o oryginalnej
wersji tego komiksu, tak? Polskie wydanie, jak zwykle zepsute przez Egmont
i Kreczmara, zgodnie ignorujemy?
KONW: Wybacz, Krzyśku, ale szkoda mi
pieniędzy na kolejny babol, jakim jest spolszczone "Miasto Grzechu".
KLC: Rozumiem cię lepiej, niż myślisz. No dobra, koniec dygresji.
KONW: Dodając podtytuł: "love story", Miller daje nam do zrozumienia
bardzo ważną rzecz: "Czytelniku drogi, nie traktuj tej historii jako
prostej kontynuacji serii, którą doskonale znasz. To coś innego, może ostatni
raz widzisz ten świat? A ja jako autor chcę go właśnie w ten sposób podsumować,
spuentować i postawić kropkę". Bo "Piekło.." jest właśnie takie,
hmm... ostateczne. Wielka miłość, dramat, walka i co tu kryć, inne niż do
tej pory zakończenie. Klimat czarnego kryminału pozostał, mało tego: jest
bardziej widoczny, niż w jakiejkolwiek z pozostałych części. Paradoksalnie
poprzez odwrócenie zakończenia - bo "Piekło..." kończy się dobrze,
aż za dobrze - poza tym mamy femme fatale, mamy bohatera outsidera, trochę
cynika, trochę twardziela o złotym sercu... Jednym słowem to, co trzeba, aby
mógł być tragicznym bohaterem klasycznego kryminału noir. Mało tego, dla mnie
widoczna jest inspiracja Millera. Główny bohater "Do piekła i z powrotem" to
wypisz wymaluj Sam Spade z "Sokoła Maltańskiego" Hammetta!
KLC: Najchętniej odpowiedziałbym ci: "Chrzanisz, Konew", ale przyznaję
- odebrało mi mowę. Jestem w stanie dostrzec w osobie Marva pokrewieństwo
z Conanem (tym bardziej, że taka była intencja Millera) czy Hulkiem, w osobie
Hartigana widzę starego, zgorzkniałego Batmana, ale na takie skojarzenie w
życiu bym nie wpadł.
KONW: Hyhyhy, wiedziałem że tak zareagujesz.
Przyjrzyj się uważnie: bohater "Piekła" to
gość, o którym mało wiemy, oprócz tego że maluje i jest całkiem niezły w zabijaniu.
I teraz najważniejsze: poznaje nagle kobietę, w której zabójczo (dosłownie)
się zakochuje i poświęca dla niej wszystko. Co robi bohater "Sokoła Maltańskiego"?
Absolutnie to samo! Jedyna różnica tkwi w zakończeniu: Hammett jest zwodniczo
cyniczny i brutalnie obchodzi się ze swoim bohaterem. Miller natomiast odwrotnie:
po raz pierwszy ratuje wykreowaną przez siebie postać, pozwalając jej wygrać,
co było do wygrania - bo zakończenie "Piekła" jest przejaskrawionym
happy endem. Miller kończy opowieść w przekorny sposób, wbrew oczekiwaniom
czytelników. Wraz z Wallace'em i Esther opuszcza Miasto Grzechu, mówiąc wszystkim: "Żegnajcie,
więcej się tu nie spotkamy". I to piękne jest.
KLC: Może wyjdę na pozbawionego inwencji buca, ale mi zakończenie "Hell
And Back" kojarzy się z "Blade Runnerem" bardziej, niż z czymkolwiek
innym. Zakochana para opuszcza niedobre miasto i spieprza w kierunku sielankowego
górskiego krajobrazu (brakuje tylko jelenia na rykowisku). Pewnie zaraz mi
odpowiesz, ze "Blade Runner" to nic innego, jak czarny kryminał
w kostiumie science fiction.
KONW: Albo odwrotnie.
KLC: Mniejsza z tym. Wspomniałeś o pewnej interesującej kwestii: o oczekiwaniach
czytelników. Autor komiksowego serialu przyzwyczaja swoich odbiorców do pewnych
konwencji (znów o tym mowa!), do pewnych rozwiązań fabularnych - i w momencie,
kiedy nagle decyduje się zerwać z dotychczasowym stylem, musi mięć na uwadze,
że czytelnicy tego nie zaakceptują. Miller faktycznie zagrał swoim odbiorcom
na nosie, ale w rezultacie to on na tym wyszedł najgorzej. Podejrzewam, ze
gdyby znalazł się w sytuacji pisarza z "Misery" Kinga, musiałby
się gęsto tłumaczyć za "Hell And Back"...
KONW: Poczytaj, co o "Piekle..." myślą
amerykańscy recenzenci. Niejeden miałby ochotę połamać Millerowi obie
ręce za ten album.
KLC: I ja się nie dziwię.
KONW: Miller bawi się od początku oczekiwaniami
czytelników. Od czego w końcu zaczął? Przecież pierwszy album "Miasta Grzechu" to granie na "spodziewajkach" czytelników
od pierwszego numeru, od pierwszego zeszytu, sceny, kadru etc. Miller gra
odbiorcom na
nosie. W tym kontekście oczywistym się zdaje, że coś takiego, jak "Piekło...",
prędzej czy później musiało powstać.
KLC: Tylko że kontrowersje wokół "Piekła..." wynikają nie tyle
z nadmiaru zaskoczeń czy igrania schematami, co raczej z ogólnego spadku formy
Franka Millera. Zwróć uwagę, że artysta, którego jeszcze niedawno uważano
za absolutnego mistrza świata, w ostatnich latach przeżywa poważny kryzys.
Przypomnę chociażby tragiczny sequel "Powrotu Mrocznego Rycerza",
w którym autor identycznie żonglował konwencjami, jak w "Hell And Back".
I też mu to nic nie dało.
KONW: Coraz bardziej odnoszę wrażenie,
że krytykujesz "Piekło..." nie
dlatego, że faktycznie czegoś mu brakuje, ale dlatego, że Frank Miller
nie narysował takiego komiksu, jaki Ty spodziewałeś się przeczytać.
KLC: No, nie wiem. Wydaje mi się, że Miller zupełnie nie przemyślał konstrukcji
albumu i w trakcie rysowania szedł "na żywioł". Rozciągnięta do
niemożliwości pierwsza część kontrastuje ze skondensowanym finałem. Nowe postacie,
nowe wątki pojawiają się nagle, nie wiadomo skąd, na zasadzie "deus ex
machina". Mnóstwo scen tak naprawdę niczemu nie służy, a znalazło się
w albumie tylko dla efektu, żeby nie powiedzieć: efekciarstwa. Ze wymienię
tylko sławetną kolorowa sekwencję narkotycznego odlotu Wallace'a. Generalnie "Hell
And Back" uważam za komiks chaotyczny i niezborny, identycznie jak "The
Dark Knight Strikes Again".
KONW: Jest tu chaos, zgadza się.
Tyle tylko, że jak sam zauważyłeś, ten chaos wynika z pójścia przez Millera
na tzw. "żywioł". "Piekło..." to
improwizacja, autor skacze z motywu na motyw. Wydawać się może, że robi
to bez ładu i składu, ale ta historia nie może być inna... Widziałeś
jakikolwiek romans bez odrobiny szaleństwa?
KLC: Zgoda, romans bez szaleństwa to żaden romans, ale na tej zasadzie już
pierwsza opowieść z Miasta Grzechu, "The Hard Goodbye" powinna wyglądać
na totalny, skołowaciały miszmasz. W końcu Marv to bez porównania większy
szaleniec, niż Wallace, a znajduje się w sytuacji dość podobnej: też odebrano
mu kobietę, którą kocha...
KONW: W pierwszym "Sin City" szaleństwa jest dość, nawet aż za
bardzo. W "Piekle..." natomiast Miller zdecydował się pokazać miłosną
szajbę przy pomocy innych środków: poprzez fabularny chaos i popieprzenie.
Nic to, że gubi wątek, że scena, którą pokazuje, może nie mieć dla akcji
większego znaczenia. Ważna jest radość z pisania/rysowania komiksu i to
widać dokładnie
na każdej stronie tej historii.
KLC: No i bardzo dobrze, że Miller miał radochę przy rysowaniu, tylko że
ja za cholerę nie miałem radochy przy czytaniu! "Sin City" to nie "Hermetyczny
garaż" czy inny "Lupus", żeby sobie pozwolić na beztroską improwizację.
KONW: A kto tak powiedział?... Cały czas próbuję Ci wytłumaczyć, że jedyną
osobą, która ustala zasady w Mieście Grzechu, jest Frank Miller. Facet robi,
co mu się żywnie podoba i jednych (tak jak ciebie) to odrzuca, inni zaś (tak
jak ja) za każdym razem przy lekturze bawią się świetnie.
KLC: No tak, bo tobie się "Lupusy" i inne pokręcone historie podobają
bardziej, niż mnie... Większość twoich opinii na temat "Piekła..." nie
trafia mi jakoś do przekonania, ale z jednym się zgadzam. "Hell And Back" to
definitywny koniec serialu, kropka nad i, dojście do ściany. Po czymś takim
nie sposób ciągnąć cyklu dalej bez narażania się na śmieszność. Mam zatem
nadzieję, że Frank Miller już nigdy więcej do Sin City nie powróci. Już dość
napsuł.
KONW: "Piekło..." to ostateczne zerwanie z serią - dla mnie cudowne,
dla ciebie koszmarne. Miller pokazał, że potrafi jeszcze całkiem sporo, mało
tego: potrafi nie tylko opowiadać historie, ale także dystansować się do własnych
dzieł, próbując czegoś nowego i ostatni tom "Sin City" taki właśnie
jest. Twórca "300" to nie sztampowy, powtarzalny i przewidywalny
autor. Może i ma za sobą kilka kiepskich i nietrafionych komiksowych strzałów.
Cóż z tego, jeżeli nawet w nieudanym (według ciebie) albumie pokazuje klasę
nieosiągalną dla wielu mainstreamowych scenarzystów i rysowników? Jeżeli to
ma być porażka, to innym artystom życzyłbym, żeby nie udawało im się równie
dobrze, co Millerowi z komiksem "Do piekła i z powrotem".

| |