|
Swamp Thing:
Saga roślinna
Alan
Moore zmienił oblicze amerykańskiego i światowego komiksu
- tę regułkę znamy na pamięć wszyscy. W większości przypadków
jej krzewiciele wymieniają "Strażników" jako owo
dzieło, które przełamało szablony wywracając wszystko do
góry nogami. Też słusznie. Ale "Strażnicy" byli
tylko kropką nad "i" w procesie gruntownych zmian,
jakie Moore wprowadzał do komiksu za sprawą serii jak najbardziej
"mainstreamowej", nad którą od 1984 roku jako
scenarzysta sprawował pełną kontrolę. Ta seria to oczywiście
"Swamp Thing", i nawet jeśli inne komiksy Moore'a
wypadnie uznać za lepsze, to żaden z nich nie okazał się
równie przełomowy jak saga o Potworze z Bagien, już nie
tylko dla komiksu ale w ogóle dla kultury popularnej końca
XX wieku.
Ponoć gdybanie nie jest rzeczą rozsądną, a osoba która
się tym zajmuje nigdy nie będzie dobrym historykiem; ten
bowiem ma ustalać fakty, a nie tworzyć alternatywne wersje
historii na zasadzie "co by było gdyby". Jednak
spróbujmy zaryzykować i wyobraźmy sobie, czym byłby komiks
amerykański bez "Swamp Thinga" Moore'a. Wyobraźmy
sobie niezbyt ciekawą dla nas - wymagających czytelników
- wersję świata dzisiejszego, AD 2003, w której jedną czwartą
okładki każdego amerykańskiego zeszytu zajmowałby znaczek
z napisem "Approved by Comics Code", a komiksy
głównego nurtu byłyby słodkie i naiwne jak w dobrych latach
70. Nie byłoby "trudnych dorosłych tematów", nawet
przemoc wyglądałaby umiarkowanie. Komiks bez Vertigo, "Hellbrazera",
Gaimana, Ennisa, Bendisa, Azzarello - przyznacie, że pole
do dyskusji mielibyśmy bardzo zawężone. Otóż właśnie Moore
w "Swamp Thingu" sprawił, że jest inaczej; właśnie
tam zapoczątkował owe czasy, w których na uniwersytetach
pisze się o nim prace naukowe, a egzemplarz "Sandmana"
można bez żenady podrzucić pani od polskiego. Zacznijmy
jednak od początku.
Seria
"Swamp Thing", z którą wydawnictwo DC wystartowało
na początku lat 80., była pierwszą od wielu lat na amerykańskim
rynku próbą stworzenia komiksowego horroru, oczywiście w
granicach dopuszczalności podyktowanej surowym jeszcze wówczas
Kodeksem Komiksowym (zainteresowanych historią i zasadami
Kodeksu odsyłam do artykułu Hansa w 21 numerze KZ). Jej
twórcami byli Len Wein i Bernie Wrightson, a bohaterem Alec
Holland - naukowiec, który zginął w wybuchu spowodowanym
przez bandycką konkurencję. Szczątki Hollanda trafiły do
pobliskiego bagna, a duch połączył się z bagienną roślinnością.
Tak powstał Swamp Thing, czyli dusza Aleca Hollanda sterująca
ciałem zbudowanym z mchu, korzeni i wodorostów.
"Swamp Thing" Weina i Wrightsona był melodramatyczną
historią z pompatycznymi dialogami i rozwiązaniami rodem
ze starych monster movies, która już wtedy sprawiała wrażenie
spóźnionej o parę ładnych lat. Nie nadążał i nie był w stanie
konkurować z przedstawicielami horroru w innych dziedzinach,
które oferowały zupełnie inny, nowoczesny profil gatunku,
wyszlifowany przez nihilistyczne obrazy gore i oferujący
niespotykane wcześniej metody straszenia, wykorzystując
grozę kryjącą się za fasadą codzienności (telekineza, kanibale,
zwierzęta-ludojady). W tym samym czasie na polu literatury
pierwsze wielkie sukcesy osiągali m.in. Stephen King i Graham
Masterton. Opowiastka w rodzaju "Potwora z Czarnej
Laguny" mogła zadowolić najwyżej sentymentalnych miłośników
dawnego kiczu, a tych pośród czytelników komiksów było chyba
niewielu, bo sprzedaż "Swamp Thinga" malała z
tygodnia na tydzień. Bossowie z DC postanowili pociągnąć
serię do 20 numeru, a potem przysiąść i zastanowić się,
jaki los powinien spotkać zielonego humanoida. Stwierdzono,
że szkoda serię likwidować, bo pomysł wyjściowy jest ciekawy,
a nieciekawy jest tylko szlak, którym seria podąża - postanowiono
przeto zawiesić Weina i Wrightsona w ich funkcjach, a zamiast
nich zatrudnić artystów będących w stanie twórczo wykorzystać
tkwiący w ich pomyśle potencjał. Padło na Moore'a, wsławionego
po drugiej stronie oceanu seriami "Marvelman"
(który właśnie w tym czasie ukazywał się w Stanach pod zmienionym
tytułem "Miracleman") i obsypaną wyróżnieniami
"V jak Vendetta", oraz rysownika Stephena Bissette'a.
Nie zaprzepaścili dobrej okazji: przeciętną i ckliwą monster
story zamienili w jedną z najlepszych i najbardziej promieniujących
serii komiksowych wszechczasów.
Bissette
wypracował styl graficzny, który kłócił się z ówczesnymi
standardami rysowania i kadrowania w amerykańskim komiksie.
"Swamp Thing" z założenia był horrorem, a teraz
miał się stać horrorem jakiego do tej pory w komiksie nie
było, łączącym elementy metafizyczne ze sprawami zwykłych
ludzi, klasyczne straszydła (np. wampiry) z palącymi problemami
dnia dzisiejszego, jak ekologia, polityka, nierówności społeczne.
Artysta złamał zasadę "klasycznego realizmu",
a zamiast tego zaproponował symboliczne przerysowania (postacie
ludzkie smukłe jak łodygi z kończynami przypominającymi
liście; cienie na twarzach układające się w sposób przywodzący
na myśl słoje drzew), dynamikę ciągle zmiennego kadrowania,
a wszystko to kreuje aurę jak ze snu - często koszmarnego,
czasem sielsko-błogiego, ale bez śladów twórczego znużenia
czy monotonni. Bissette to mistrz imponujących rozwiązań:
skupia się na ekspresji twarzy, innym razem umieszcza akcję
w zupełnej ciemności by przejść potem do skąpanego w zieleni
krajobrazu bagien, z "pracoholicznie" wyrysowanymi
roślinnymi ornamentami - gęstymi krzewami wyrastającymi
ponad powierzchnię wody i opadającymi na nią gałęziami drzew.
Wielki twórca, i szkoda że polski czytelnik zna go wyłącznie
poprzez prace mniej lub bardziej zdolnych uczniów - Breyfogle'a,
McFarlaina, Kietha, Jonesa... Tu robię ukłon w stronę Tomasza
Kołodziejczaka, który na pytanie o ewentualną publikację
"Swamp Thinga" w Polsce odpowiedział przecząco,
że niby rysunki są brzydkie. Nie zgadzam się z tym absolutnie,
przynajmniej jeśli chodzi o Bissette'a, bo już inni tworzący
serię rysownicy nie dorastają do jego poziomu, mimo że rzemieślniczo
utrzymują zadany przez niego ton. Ale to Bissette jest głównym
grafikiem "Swamp Thinga", on popełnił większość
odcinków, i tylko czasem pozwalał się wyręczyć. Dlatego
na pytanie "czyj jest Swamp Thing", zwykło się
odpowiadać: Bissette'a.
No
i Moore'a, który zmianę profilu serii zaczął od podstaw.
W słynnym 21 numerze "Swamp Thinga", zatytułowanym
"Lekcja anatomii", dowiadujemy się, że bagienna
istota wcale nie jest duchem człowieka, który zamieszkał
w ciele z roślin. Odwrotnie - jest to roślina, która posiłkuje
się świadomością Aleca Hollanda, wchłoniętą przez bagno
wraz z jego szczątkami. Ta różnica zaciążyła potem nad całą
serią, czyniąc ze Swamp Thinga istotę tragiczną, niepewną
swojej tożsamości, rozdartą pomiędzy ludzkimi uczuciami
a świadomością bycia chodzącą rośliną. "Obdarzyła"
go też potężnymi możliwościami, jak na przykład zdolnością
do umierania i ponownego "wyrastania" z ziemi
w zupełnie innym miejscu. Lecz skalę swoich możliwości pozna
Swamp Thing nieco później, a stanie się to za sprawą Johna
Constantine'a, który debiutując w jednym z odcinków jako
postać drugoplanowa, poddaje bohatera swoistemu testowi
na odkrywanie własnego "ja". Jak wiadomo, niepozorny
blondynek-detektyw stał się wkrótce nie lada szychą w świecie
DC i doczekał się dziesiątków kolejnych gościnnych występów
oraz własnej serii "Hellbrazer", która obecnie
należy do najpopularniejszych spod szyldu Vertigo.
Oczywiście w "Swamp Thingu" jest znacznie więcej
podstaw pod przyszłe Vertigo niż debiut Constantine'a. Przede
wszystkim w rękach Moore'a i Bissette'a cykl zamienił się
w nowatorski i "dorosły" horror, na tyle śmiało
depczący ograniczenia Kodeksu Komiksowego, że po kilku numerach
stwierdzono, że nie ma sensu umieszczać na okładce symbolu
kodeksu, oferując zamiast niego napis "Suggested for
Mature Readers", który nawiasem mówiąc, irytował Moore'a
jeszcze bardziej niż tamten poczciwy znaczek. Ale czy irytacja
jest wysoką ceną, kiedy ma się prawie nieograniczone pole
do popisu?
Korzystając z możliwości jakie dawała praca nad długą mainstreamową
serią, Moore wykonał manewr, który stanie się charakterystyczny
dla wszystkich większych serii z Vertigo: stwierdził, że
mając tak dużo miejsca nie ma sensu skupiać się tylko na
postaci tytułowego bohatera. Tak oto Swamp Thing z bohatera
pierwszego planu stał się tylko elementem spajającym liczne
wątki sagi - podobny status będzie miał np. Sandman u Gaimana
i agent Graves ze "100 naboi". Innymi słowy, Moore
w obrębie serii o Swamp Thingu opowiada bardzo różne historie,
które układają się w całość poprzez udział w nich zielonego
potwora i jego przyjaciółki Abbigale, paranoicznej piękności
o białych włosach, pracującej na co dzień w ośrodku dla
nawiedzonych dzieci. Motyw ich przyjaźni rychło zamienia
się w jeden z najdziwniejszych wątków miłosnych, który jednak
bardziej przypomina relacje między V a Evey w "V jak
Vendetta" niż klasycznie rozumiane love story - przy
czym tam był platoniczny romans kobiety i idei wolności
(bo V był bezosobowy), tutaj zaś kochają się w sobie kobieta
i idea natury (więc w konsekwencji też wolności), którą
reprezentuje nieludzki Swamp. Ciekawe, że zarówno Swamp
Thing jak V są poza seksualnością i nawet kwestia ich człowieczeństwa
stoi pod dużym znakiem zapytania - lecz mimo to Evey i Abby
pozostają im wierne na śmierć i życie. Taką wiernością nie
darzy się kochanka, lecz właśnie ideę - oddając się jej
wstępujemy na wyższy stopień wtajemniczenia, ulegamy przemianie.
Tak jak przemianie ulega Evey i Abbigale, która przy Swamp
Thingu z uległej żony żyjącej u boku przeciętnego męża staje
się powierniczką sekretów natury.
Wszechobecność
natury w komiksie niejako odgórnie narzuciła jego ekologiczną
wymowę. Zło, które w "Swamp Thingu" zagraża ludziom
często wywodzi się z rozmaitych eko-lęków: Jason Woodrue,
szaleniec o właściwościach podobnych jak u naszego bohatera
(bardziej roślina niż człowiek), który na dodatek posiadł
kontrolę nad florą i sprawił, że rośliny na całym świecie
zaczęły się buntować przeciwko ludziom (wyobraźcie sobie
kwiatek wypełzający z doniczki by Was zadusić); monstrum
zatruwające otoczenie samym tylko dotykiem... Jednocześnie
Moore odwołuje się do ciemnej strony człowieczeństwa i ukazuje
monstra, które tworzymy we własnej świadomości. Inwencja
Moore'a, jego pomysłowość w wymyślaniu strasznych motywów,
opowiadaniu sugestywnych przerażających historii, przewyższa
nawet Stephena Kinga, który notabene zaczytywał się w serii
śmiało czerpiąc z niej inspiracje. W jednym z wczesnych
odcinków "Swamp Thinga" pojawia się koszmarna
istota żywiąca się lękiem dzieci z ośrodka, tego w którym
pracuje Abbigale. Dzieci nazywają ją Małpim Królem (Monkey
King) , bo jest włochata i człekokształtna, ale komentarz
w ramce mówi o niej "To" (It). "It would
come back when It got hungry"; "It ate the fear.
It disgorged fear. It lived in fear and killed with fear"
("To powracało gdy było głodne"; "To żywiło
się strachem. To rzygało strachem. To żyło w strachu i zabijało
strachem"). Skojarzenia z wydaną dwa lata później znakomitą
książką Kinga narzucają się bez niczyjej pomocy i rzucają
światło na to, jak duże musiało być promieniowanie komiksów
o "Swamp Thingu" w świecie ówczesnej pop-kultury,
przy czym przykład z Małpim Królem nie jest wyjątkiem.
Poza
wprowadzaniem do serii oryginalnych pomysłów Moore wykorzystywał
także klasyczne wysłużone motywy z horrorów, jak wampiry,
wilkołaki czy zombie, i opowiadał o nich w nowy sposób,
najczęściej łącząc te zjawiska ze współczesnymi problemami
globalnymi, od feminizmu po rasizm. Trzeci tom najnowszej
reedycji "Swamp Thinga", zatytułowany "The
Curse", zawiera niemal wyłącznie historie w oryginalny
sposób przetwarzające sprawdzone tematy. Na przykład wampiry
mieszkające pod wodą w zatopionym mieście (światło słoneczne
nie dociera na taką głębokość) i polujące na kąpielowiczów.
Albo zapracowana kobieta, która swe pragnienie niezależności
manifestuje zmianą w wilkołaka. Nie brzmi to mądrze, ale
gdy Moore opowiada - historia wciąga, niezależnie na jak
wątłym pomyśle byłaby oparta.
Dodatkową
wartością "Swamp Thinga" jest to, że stanowi on
żywy obraz zarówno ewolucji talentu Moore'a, jak i przemian,
które ze sobą przynosił. Dlatego chciałbym uczulić Czytelników,
którzy serii nie czytali a chcieliby po nią sięgnąć, żeby
nie spodziewali się od razu dzieła wybitnego. Pierwsze rozdziały
jeszcze takie nie są, natomiast widać w nich już wyraźnie
zapowiedź późniejszej świetności, walkę pomiędzy tradycją
komiksu naiwnego, jakim był "Swamp Thing" Weina
i Wrightsona, a reformami Moore'a. Podobne wrażenie towarzyszy
lekturze kolejnych zeszytów "Daredevil: Visionaries"
Franka Millera, gdzie na naszych oczach przeciętna superbohaterska
opowiastka zmienia się stopniowo w wielki komiks. Naiwności
pierwszych rozdziałów "Swamp Thinga" Moore'a wynikają
ze zbyt dosłownego potraktowania swojej misji, co czyni
łopatologiczną wymowę o ochronie środowiska naprawdę ciężką
do przetrawienia - dialog między Swamp Thingiem a Woodrue
w trakcie ich konfrontacji mógłby sobie autor spokojnie
darować. Innym mankamentem jest nadto infantylne potraktowanie
czarnych charakterów w pierwszym etapie opowieści; Woodrue
i Anton Arcane mają zdolność budzenia mocy szatańskich,
jednak motywacje ich niecnych działań nie są do końca przekonujące,
a poza tym trochę za dużo gadają. Dziś już nie wystarczy
po prostu stwierdzić, że są złem w czystej postaci i w tym
aspekcie pierwsze rozdziały "Swamp Thinga" nie
bronią się tak dobrze jak następne.
Ale
są też inne aspekty. Już od pierwszych stron uderza mistrzostwo
narracji Moore'a, kapitalnej tak ze względu na sposób konstruowania
opowieści i kadrowanie, jak ze względu na zastosowany język.
Nikt przed nim nie używał w komiksie języka tak poetyckiego,
plastycznego i pełnego metafor. Moore wirtuozersko dostosował
stylistykę tekstu do ekspresyjnej stylistyki rysunków Bissette'a,
pokazując jakie efekty może dać synteza obrazu i słowa.
Za każdym razem, gdy autorzy oddalają się od linii opowiadania,
by romantycznie wyśpiewać zachwyt nad pięknem moczaru, przez
czytelnika przechodzi iskra elektryczna.
Nie
mogło zabraknąć w "Swamp Thingu" wielkich, zapadających
w pamięć scen. Jedną z najbardziej poruszających jest ta,
w której Swamp Thing chowa w ziemi wyłowione z bagna szczątki
Aleca Hollanda i w ten sposób urządza pogrzeb człowiekowi,
którym kiedyś był. W innym miejscu znajdziemy olśniewającą
scenę miłosną między Swamp Thingiem i Abigale. Dzieje się
to wkrótce po wyznaniu uczuć; Swamp wyciąga ze swojej piersi,
niby serce, halucynogenny korzeń i daje go skosztować Abbie;
na następnej stronie komiks obraca się z pionu do poziomu,
i rozpoczyna się hipnotyczny seans, w którym eskalacja pierwotnych
instynktów łączy się z wyciszeniem umysłu. Stanowczo jeden
z najpiękniejszych komiksowych finałów (rzecz ma miejsce
pod koniec tomu 2 - "Love and Death").
Nie sposób w jednym tekście opisać bogactwa emocji, jakie
niesie obcowanie ze "Swamp Thingiem" Moore'a.
Zalety przeciążają szalę wad, które również seria posiada,
ale o których szybko się zapomina wobec genialności wielu
scen i rozwiązań, czyniących ją wielką skarbnicą inspiracji.
Wystarczy wspomnieć, że to właśnie lektura "Swamp Thinga"
zadecydowała o komiksowym powołaniu Neila Gaimana, który
zresztą u Moore'a pobierał lekcje scenopisarstwa.
"Swamp Thing" to też największe dzieło Moore'a
pod względem objętości: scenarzysta pracował nad serią prawie
cztery lata. W ciągu tych czterech lat oblicze komiksu zmieniło
się diametralnie. Jego dzieło ma w tym koronną zasługę.
Piotr "Błendny Komboj" Sawicki
|
|