|
Spawn: Blood Feud
Jeszcze
kilka lat temu można było w naszym kraju kupić zeszyty z
przygodami jednej z większych marud amerykańskiego komiksu
- Spawna, czyli zdradzonego rządowego zabójcy przywróconego
do życia przez władcę piekieł i szukającego odkupienia,
a w przerwach równo lejącego wszystkich, ze szczególnym
uwzględnieniem piekielnych i niebiańskich pomiotów. Spawn,
w cywilu Al Simmons, w przerwach między kolejnymi bójkami
musiał mierzyć się również ze skutkami swojego pięcioletniego
zniknięcia, które przede wszystkim wywróciło do góry nogami
życie jego żony, co skutkowało w prawie każdym odcinku serii
monologami utyskującego na niesprawiedliwości losu głównego
bohatera. Cykl, prowadzony przez panów Todd'a McFarlane
(scenariusz i rysunki) i Grega Capullo (rysunki) odniosła
spory sukces w USA a i w Polsce wiodło jej się nieźle. Przynajmniej
przez jakiś czas. Ale do rzeczy - jeśli kilka lat temu zbieraliście
wydawanego przez Tm-Semic "Spawna" pewnie rzuciła
wam się w oczy pewna niekonsekwencja mająca miejsce pomiędzy
historyjkami zebranymi w numerze 6/1999 (16) polskiej edycji.
Twitch, jeden z nowojorskich detektywów, dotąd żwawy i sypiący
ironicznymi tekstami ni stąd, ni zowąd okazywał się leżeć
w szpitalnym łóżku ciężko poraniony. Skąd wzięły się obrażenia?
Z mini-serii "Blood Feud", która toczyła się pomiędzy
oryginalnymi numerami 32 a 33 "Spawna". Serii,
pisanej przez samego Alana Moore'a.
Czteroczęściowe
"Blood Feud" rozpoczyna się od makabrycznego masowego
morderstwa, do którego dochodzi w jednej z nowojorskich
kamienic. Spawn dręczony dziwacznymi wizjami, które zsyła
na niego jego symbiotyczny kostium zaczyna się nie na żarty
obawiać, że wspomniane morderstwa to pośrednio jego sprawka.
Nowojorska policja tymczasem sprowadza niejakiego Johna
Sanskera eksperta od spraw paranormalnych i doświadczonego
łowcę przeróżnych, groźnych dziwaków. Sansker prezentuje
swoja sporą wiedzę na temat Spawna, po czym obciąża go winą
za dotychczasowe morderstwa i rozpętuje przeciwko niemu
kampanię medialną, przedstawiającą go jako realne zagrożenie
dla mieszkańców miasta. Wkurzony Simmons ze ścigającymi
go glinami na karku i dręczony podejrzeniami wobec własnego
kostiumu musi wyplątać się z afery, która stawia go przeciwko
wszystkim, którym dotąd ufał...

Krótko - Blood Feud to krwawa kiszka, niewiele odbiegająca
poziomem do przeciętnego numeru "Spawna". Moore
bynajmniej nie odkrywa w niej niczego nowego o bohaterze,
jego rozterkach czy motywach. Nie rozbudowuje postaci głównego
bohatera, ani towarzyszących mu postaci, serwując niespecjalnie
rewelacyjną historyjkę o zaszczutym bohaterze walczącym
z kolejnymi przeciwnościami losu. Nie brakuje scen krwawej
rozpierduchy i obowiązkowych batalistycznych scen mówionych,
gdzie między kolejnymi ciosami bohaterowi streszczają sobie
swoje dotychczasowe przygody. Najlepiej na "Blood Feud"
wychodzi sam Moore, który pewnie za jego napisanie zebrał
konkretną sumkę, najgorzej jeden z bohaterów komiksu - Twitch,
który w trzecim numerze dostaje lanie swojego życia. No
i czytelnik, który musi za to zapłacić. Na niewątpliwy plus
mini-serii trzeba jednak zaliczyć ukrócenie marudzenia Spawna
- tym razem bowiem bohater bierze sobie na wstrzymanie i
zamiast rozpaczać koncentruje się na swojej robocie. Kolejny
plus to pozbycie się nużących opisów, w których gustuje
McFarlane i kilka niezłych scen, ze szczególnym uwzględnieniem
epizodu z Violatorem. I tyle dobrego - gdyby nie nazwisko
na okładce, trudno byłoby uwierzyć, że Moore popełnił coś
tak słabego. Niewykluczone, że nad Blood Feud zaciążył syndrom
Franka Millera, który napisał marniutki one-shot "Spawn/Batman",
którego kiszkowatość widocznie Moore obrał sobie za wzór.
Kulejącego
scenariusza Moore'a nie wspomagają bynajmniej rysunki w
wykonaniu Tony'ego Daniela i Kevina Conrada. Panowie ci
mimo niewątpliwego talentu do kopiowania stylu McFarlane'a
nie dość przejmują się perspektywą i proporcjami, stąd Blood
Feud to parada poprzerastanych mięśni, wypchniętych szczęk
i różnych innych groteskowych anomalii, które mimo, że czasem
wyglądają świetnie, to w innym przypadku potrafią skutecznie
zepsuć panel. Jeśli jesteśmy już przy panelach to warto
wspomnieć, że kadrowanie "Blood Feud" to w dużej
mierze robota Moore - jego szkice koncepcyjne znalazły się
w pierwszym numerze mini-serii. Zainteresowanym produkcjami
Tony'ego Daniela i Kevina Conrada polecam sięgnięcie po
numery polskiego "Spawna" od 3/2000 wzwyż - ich
rysunki gościły w nich na zmianę z rysunkami Grega Capullo.
"Blood
Feud" jako mini-seria wywarł szczątkowy wpływ na regularną
serię Spawna, a z jego konsekwencjami uporano się nader
szybko: negatywna kampania rozpętana przeciwko Spawnowi
nie wywarła najmniejszego skutku na nowojorczykach (czytaj:
pewnie McFarlane nie miał pomysłu co z nią począć) i jedynie
Twitch przez kilka numerów serii dochodził do zdrowia po
sprawionym mu laniu. Podobnie jak niepotrzebny był "Blood
Feud" serii "Spawn", tak niepotrzebny jest
i czytelnikowi. Jeśli jesteś fanem Moore'a to od tego komiksu
powinieneś trzymać się z daleka. Na własną odpowiedzialność
czytaj wyłącznie, jeśli jesteś zapalonym wielbicielem Spawna
lub koniecznie musisz dowiedzieć się jak wabi się jego symbiotyczny
kostium.
Tomasz "Jim" Kontny
|
|