|
Promethea
"Jeśli ona nie istnieje to musimy ją wymyślić"
Po raz kolejny Alan Moore udowadnia, że nie jest jakimś
tam twórcą komiksów. Nie idzie utartym (przez siebie przy
okazji) szlakiem i tworzy coś całkiem nowego. W tym, bowiem
wypadku mamy do czynienia z filozoficznym traktatem odzianym
w superbohaterskie fatałaszki.
Aleksandria 411 A.D. / Nowy Jork 1999 A.D.
W
piątym wieku naszej ery w Egipcie mała dziewczynka ucieka
przed chrześcijańskimi zakonnikami prześladującymi jej ojca,
starego czarownika. Starzec zostaje zabity, lecz nie zostawia
jej samej na świecie. Na pustyni oczekują na nią bogowie
- Hermes i Toth, którzy zabierają ja z naszej rzeczywistości
do świata wyobraźni zwanego immaterią. W naszych czasach
w Nowym Jorku studentka Sophie Bangs przygotowuje się do
pracy dyplomowej, której tematem jest Promethea. Promethea
jest postacią-mitem powracającym wielokrotnie, niezależnie
od siebie w różnych źródłach. Jest ona jednak czymś więcej,
gdyż jest realna. W stworzonym przez Moore'a świecie postać
Promethei pojawia się najpierw w XVIII wieku jako bohaterka
romantycznego poematu wzorowanego na "Śnie nocy letniej",
a następnie jako towarzyszka bohaterki komiksowego paska
wychodzącego między 1901 a 1920 rokiem. Promethea pojawia
się także w międzywojennych powieściach fantasy oraz w komiksach
wydawanych po wojnie. W celu zdobycia dodatkowych wiadomości
Sophie odwiedza wdowę po ostatnim scenarzyście nie wydawanego
już komiksu o Promethei. Spotkanie to nie tylko nie jest
owocne dla młodej studentki, ale staje się też niebezpieczne,
gdyż zostaje ona z niewiadomego powodu zaatakowana po to
tylko, by zostać uratowaną przez bohaterkę jej pracy dyplomowej.
Promethea a może Promethee.
Wybawicielką
okazuje się być odwiedzona przez nią wcześniej osoba, występująca
w tym momencie jednak jako bogini Promethea, a celem ataku
jest Sophie, która ma objąć rolę Promethei zastępując swą
wybawicielkę. Promethea, bowiem jest postacią żyjącą w immateri,
w której rolę może się wcielić osoba o dużej wyobraźni i
dostatecznym entuzjazmie względem tej postaci, lub też osoba
ta może przyoblec w ten "czar" innych ludzi. Działo
się tak w przeszłości, stało się tez tak w tym momencie.
Ponieważ Sophie jest bardzo zainteresowana tą postacią jest
w stanie wcielić się w jej rolę i tak rodzi się Promethea
naszych czasów. Przed nią było ich o wiele więcej. W immateri
żyją wszystkie poprzedzające Sophie osoby, które były nosicielami
aspektu Promethei. To one pomagają przyzwyczaić się jej
do nowej roli oraz uświadamiają, jakie znaczenie będzie
miała Promethea w przyszłości. Jako postać łącząca świat
rzeczywisty i świat wyobraźni ma doprowadzić do rewolucji,
do końca świata takim, jakim jest on teraz. Ma za zadanie
uwolnić ludzi od szarej rzeczywistości i poprowadzić ich
w świat wyobraźni, marzeń i snów, do immateri, gdzie wszystko
jest możliwe. To, co dla jednych jest wybawieniem, dla innych
jest realnym końcem świata, dlatego też na swojej drodze
Promethea spotyka wielu wrogów, z którymi musi walczyć.
Co dalej?
Pobieżne
tylko streszczenie pierwszych zeszytów pozwala zobrazować
poziom pogmatwania i złożoności tej serii. Dalej jest jeszcze
trudniej i zaczyna się wieeeeeeeeeelki ból głowy. Mogłoby
się wydawać, że jest to następny komiks o superbohaterce
i majaczącym w oddali motywie końca świata, ale tak jednak
nie jest. W tym momencie Moore, mimo że nie unika akcji,
bierze setki rozpraw i dzieł filozoficznych a także książek
o magii i upycha je, co pewien czas, na trochę ponad 20
stronach zeszytów tego dość nieregularnie ukazującego się
komiksu. Myślicie pewnie, że to niemożliwe, a jednak tak
jest. Sophie jako niedoświadczona Promethea wyrusza w podróż
po innych wymiarach, gdzie poznaje istotę świata, życia
i człowieka. Proszę sobie nawet nie wyobrażać, że Moore
podszedł do tej sprawy choćby trochę lekceważąco. Wszystko,
co wypowiadają postacie tego komiksu jest poparte wieloma
faktami, wiedzą autora i pewnie wielomiesięcznymi przygotowaniami.
Mimo, że często można by się kłócić z poglądami Moore'a
to trudno to zrobić nie mając też takiego przygotowania.
Chociaż komiks ten przeładowany jest informacjami, co może
być w niektórych momentach meczące, pozwala także na jego
przeczytanie polegające na ekscytowaniu się perypetiami
bohaterki bez zagłębiania się w rozważania filozoficzne.
Ten tytuł nie nudzi, gdyż światy, w które nas przenosi,
zawirowania akcji oraz różne smaczki są na tyle atrakcyjne,
by czuć się co najmniej usatysfakcjonowanym z jego lektury.
Nie świadczy to jednak, że seria ta jest dla wszystkich.
Powiedziałbym raczej, że seria ta jest tylko dla nielicznych
zapaleńców i furiatów.
Tutaj, tam i jeszcze dalej
Opowieść
o Promethei odbywa się na różnych płaszczyznach rzeczywistości.
W Nowym Jorku Promethea jest typowa superbohaterką o mistycznych
mocach walczącą ze złem. Miasto to, mimo że jest umiejscowione
w naszych czasach jest tylko jego futurystycznym odpowiednikiem,
w którym wszystko nas może zaskoczyć. Jest burmistrz o wielokrotnych
osobowościach, psychotyczny super złoczyńca szalejący po
ulicach i przede wszystkim płaczący goryl - bohater komiksu,
którego "życiowe" sentencje towarzyszą nam w każdym
numerze serii. Ogromna część akcji dzieje się w świecie
całkowicie nam obcym, a może jednak nie tak bardzo. Świat
naszej wyobraźni to miejsce, gdzie wszystko może nam się
przydarzyć, i na pewno autorzy przyłożyli wiele starań by
nie wyglądał on na tyle niedorzecznie, by nie mógł być światem
kreowanym przez nas samych. Tutaj wielkie pokłony należą
się rysownikowi, którego tytaniczna praca pozwoliła na zachwyty
nad tym, co możemy tam zobaczyć. Moore w tym komiksie zajął
się obrazowaniem struktury świata. W czasie wędrówki Promethei
spotykamy zmarłych, anioły, demony, bogów czy w końcu Tego
Jedynego. I tu zastosowany został pewien bardzo sprytny
i stary zarazem wybieg. Po co denerwować się jak wyglądają
pewne rzeczy trudne dla nas czasem do określenia. Ponieważ
wszystko kreowane jest tu przez nasze wyobrażenia tak też
rzeczy te przedstawione są tak, jak wielu z nas by sobie
je wyobrażało - zwyczajnie i za pomocą wielu powstałych
w ciągu historii symboli.

Jak zawsze wszystko pasuje
Moore
stworzył świat kompletny, zawierający bardzo wiele odpowiedzi
na istotne, nurtujące nas pytania, ale pozostawiający jeszcze
więcej pytań bez odpowiedzi. Niewielu jest scenarzystów,
którzy tworząc tak złożony świat z dostępnych nam wszystkich
źródeł tworzy go tak, aby wszystko do siebie pasowało. Czytając
tę serię aż trudno uwierzyć, widząc jak różne religie i
koncepcje filozoficzne do siebie pasują. Na pewno czasem
jest to wszystko robione na siłę, ale cały czas mamy wrażenie,
że wszystko było przemyślane do końca już na samym początku.
Taka konstrukcja jeszcze łatwiej wprowadza nas w filozoficzne
rozważania prowadzone poprzez Moore'a, gdyż świat postrzegamy
jako jedną i spójną całość. Stworzenie tak doskonale przemyślanej
całości nie udałoby się jednak Moore'owi bez ludzi zajmujących
się stroną graficzną tego projektu. Doskonałym aspektem
projektów Moore'a jest koncepcja, którą z początku podejmują
się wraz z rysownikiem przyjąć i którą konsekwentnie prowadzą
do końca. Ponieważ jest tylko jeden główny rysownik w ciągu
całej serii jest ona nie tylko spójna od strony scenariusza,
ale także od strony rysunku. W tym wypadku jest to bardzo
dobry rysunek J. H. Williamsa III bez jakichś strasznych
ekstrawagancji, ale ze smaczkami oraz cudownie nałożony
kolor dopełniający w doskonały sposób całości.
Ciężka praca
Williams
siedząc nad każdą stroną tego komiksu musi wylewać litry
potu i łez, a przekleństwa muszą być czymś nie do zniesienia
dla jego rodziny lub znajomych. Nie mam pojęcia jak ten
człowiek potrafi zdążyć na wyznaczony termin oddania prac.
Pewnie z tego powodu seria ta wychodzi tak nieregularnie.
Tak jak scenariusz tak i rysunek jest przeładowany odniesieniami
i symbolami. Tylko ktoś obeznany w kulturze, sztuce i historii
(na pewno nie ja) potrafiłby odkryć wszystkie nawiązania.
Jestem pełen podziwu dla pana Williamsa. Jego rysunek pozwala
nam na niezłą zabawę z konwencjami. Poza normalnymi rysunkami
charakterystycznymi dla jego stylu możemy podziwiać np.
rysunek rodem z okładek powieści fantasy, wystylizowany
na rysunki z różnych epok naszej historii, czy też grafiki
wzorowane na różnych dziełach dawnych i nowożytnych malarzy
Jedno słowo, które ciśnie nam się na usta po obejrzeniu
pracy Williamsa to "wow" i nurtująca myśl "czyli
tak też można tworzyć komiksy". Należą się wielkie
brawa dla tandemu Moore i Williams za wyszukanie odpowiednich
źródeł i przeniesienie ich zawartości na papier. Ponadto
przyznam, że już dawno nie czytałem komiksu, który wymagałby
tak, jak chociażby komiksy Baranowskiego, dużego wysiłku
w czytaniu poszczególnych kadrów i tym samym wywołujący
tak ogromną satysfakcję. Komiks ten czyta się przeważnie
od lewej do prawej, z góry na dół, ale tylko przeważnie,
bo zdarzają się i inne sposoby. Dwie strony z sobą sąsiadujące
stanowią zwykle jedno dzieło sztuki a zwykłych paneli raczej
tu nie zobaczycie. Także ramki tutaj kształtują świat, gdyż
są to zazwyczaj różne symbole w formie ozdobników.
I dobrze i niecałkiem dobrze
Komiks
jest cudownym medium. Tylko tutaj można przekazać pewne
wartości, które trudno jest przedstawić za pomocą kina,
a przede wszystkim książki. Tylko tu można bawić się różnymi
konwencjami rysunki i literatury jednocześnie, a Alan Moore
i J. H. Williams wykorzystują tę możliwość w pełni przysparzając
tylko teoretykom komiksu pracy na wiele długich wieczorów.
Nic, co można by wycisnąć z medium, jakim jest komiks nie
zostało tu przeoczone a żadna okazja zmarnowana. Seria ta
mogłaby być doskonałym przykładem, że komiks potrafi być
niebanalny i może prezentować bardzo różne tematy, pokazywać
w sposób komiksowy rzeczy wydawałoby się "niekomiksowe".
Jednakże, ponieważ pozycja ta jest niebanalna i bogata w
odniesienia powoduje paradoksalnie jednak trochę kłopotów.
To, że zagadnienia trudne można przedstawiać za pomocą komiksu,
wiemy już od dawna, jednakże zawęża to zazwyczaj środowisko
jego odbiorców. Wiemy także, że komiksy Moore'a nigdy nie
były dla wszystkich, ale i bez tego, całe szczęście, zdobywały
uznanie. Myślę, więc, że równowaga została zachowana. Mało
będzie osób, którym "Promethea" się spodoba i
trudno mi wyobrazić sobie by ta pozycja była wydana na naszym
rynku, gdzie na razie najlepiej wydawać pewniaki, a coś
tak innego mogłoby się nie przyjąć.
Jedna pigułka przed snem
Lektura "Promethei" wywołuje jednocześnie
dwa uczucia. Są nimi zachwyt nad różnymi aspektami tego
wielopoziomowego komiksu, ale także uporczywy ból głowy
po jego zbyt dużej dawce. Promethee trzeba sobie dawkować,
bo w dużych ilościach może być ciężkostrawna. Złożoność
historii i różne szczegóły w niej zawarte są pewną sygnaturą
Moore'a lecz to, co pozwala na odkrywanie tych pozycji na
nowo przy każdym czytaniu może być także bardzo męczące
i nawet, gdy niektóre osoby szczęśliwie przebrną przez lekturę
nie będą chciały do niej później wracać. Mi samemu podczas
lektury "Promethei" ,zeszyt po zeszycie, towarzyszyły
podziw dla kunsztu Moore'a jako scenarzysty, co utwierdziło
mnie w przekonaniu, że jest jednym z największych w swojej
profesji, jak i uznanie dla Williamsa jako rysownika, którego
wcześniej uznawałem za ugrzecznioną wersję Jae Lee, a do
którego przekonałem się dopiero do końca przy tej pozycji.
Towarzyszył mi jednak także ból głowy, bo nie potrafiłem
sobie właściwie jej dozować, ale chciałbym w przyszłości
o wiele więcej bólów głowy tak wywołanych. Dzięki panie
Moore, bo już nie jeden ból głowy dzięki panu zaliczyłem.
I by nie było tak miło przedstawiam płaczącego
goryla (Weeping Gorilla).

Scenariusz: Alan Moore
Szkic: J. H. Williams III
Tusz: Mick Gray
Kolor: różni
Wydawnictwo: America's Best Comics
Wielkość: zazwyczaj 24-stronicowe zeszyty
Rok wydania:1999 - seria dalej wydawana w trybie dosyć nieregularnym
Wojciech "dieFarbe" Garncarz
|
|